Uwaga! Możliwe spoilery.
Wszyscy jesteśmy łotrami to książka dwóch autorek – Amandy Foody i Christine Lynn Herman. Kupiłam ją zachęcona postami wydawnictwa Young na instagramie. Gdybym zobaczyła ją w księgarni nawet nie zwróciłabym na nią uwagi. Ani tytuł, ani okładka nie są dla mnie atrakcyjne i by mnie nie zainteresowały. Pytanie brzmi, czy bym coś straciła gdybym jej nie zauważyła?

W świecie, w którym by korzystać z magii trzeba wytworzyć zaklęcia lub klątwy w klejnotach, co pokolenie 7 rodzin wysyła do walki na śmierć i życie po jednym swoim przedstawicielu. Nastolatek ten zostaje mistrzem swojego rodu w trzymiesięcznym turnieju. Ostatni żywy uczestnik wygrywa dla swojej rodziny 20 lat wyłącznego dostępu do wysokiej magii. O wiele potężniejszej niż zwyczajna magia. Gdyby przed końcem czasu nikt nie zwyciężył wszyscy giną i aż do uruchomienia kolejnej klątwy turnieju nikt nie ma dostępu do wysokiej magii. Nowa siódemka, każdy z własnym planem, pragnieniem i naciskiem rodziny musi zmierzyć się ze sobą na wzajem i z własnymi demonami. Ten turniej jest o tyle wyjątkowy, że dotąd był tajemnicą miasteczka Ilvernath, ale przez książkę Tragiczna Tradycja dowiedział się o nim świat. Do tego jeden z wytwórców klątw wydaje się być bardziej zainteresowany turniejem niż wynikałoby to z jego profesji. I po raz pierwszy w historii turnieju-klątwy mistrzowie mają wybór – tylko czy zdecydują się skorzystać z tej możliwości.
Narracja prowadzona jest z punktu widzenia aż 4 bohaterów, więc zanim przejdziemy do właściwego turnieju i historia nabierze tempa musimy zapoznać się z motywacją mistrzów i ich rodzin. Do tego dochodzi jeszcze kwestia wyboru ich na reprezentantów przez co dostajemy przydługi i wręcz nudny wstęp. Ja osobiście musiałam się zmuszać do czytania, by przez niego przebrnąć. Gdy w końcu turniej się zaczyna możemy zobaczyć jak ich przygotowanie i motywacja zderzają się z makabryczną rzeczywistością sytuacji zabij lub zgiń, jak decydują się na niełatwe sojusze i jak te sojusze na nich wpływają. A przede wszystkim kto i dlaczego pozwala sobie na iskierkę nadziei oraz co z nią potem robi. Mistrzowie mają też okazję zobaczyć, że każdy z nich gra przypisaną mu rolę i ta rola niekoniecznie oddaje człowieka za maską. Ja czytając co chwilę myślałam, że oni chcą być łotrami i potworami, bo tego wymaga od nich sytuacja, ale daleko im do tego, są tylko ludźmi.
Alistair i Isobel skradli moje serce. On – skrzywdzony przez własną zachłanną rodzinę, doświadczył tylko miłości brata i ona – ignorowana przez krewnych, nawet ojca, dopóki nie okazała się przydatna. Początkowo ich wymuszona i faszywa relacja nieśmiało rozwinęła się w uczucie, którego ani się nie spodziewali, ani nie chcieli znaleźć w ich sytuacji. I gdy już człowiek zaczął się cieszyć, że je zaakceptowali i mają szansę na przyszłość podejmują skrajnie inne decyzje. Alistair w swej rozpaczy i gniewie wybiera przeszłość zamiast przyszłości, i choć jego przywiązanie do brata jest całkowicie zrozumiałe, to mam nadzieję, że przejrzy na oczy! I że Isobel go uratuje…
Wracając do pytania, czy bym dużo straciła nie czytając Wszyscy jesteśmy łotrami. Odpowiedź jest niestety bardziej skomplikowana niż bym chciała. Myślę, że nie, ale cieszę się, że przebrnęłam przez wprowadzenie i nie odłożyłam łotrów. Poza nowym spojrzeniem na magię znalazłam tu niespodziewany duet bohaterów, którym kibicuję i baaardzo liczę na satysfakcjonujące rozwiązanie ich wątku w kolejnej części, po którą na pewno sięgnę. Wszyscy jesteśmy łotrami zakończyła się w naprawdę irytującym momencie i teraz trzeba czekać na premierę drugiego tomu Łotrów Wszystkie nasze klęski.
Książka jest dobra. Po prostu nie porywa od pierwszej strony. Ja nie lubię się zmuszać do czytania, a tu na początku musiałam.
Moja ocena 6/10.
P. S. Znalazłam co najmniej 6 błędów w książce – całkiem sporo.
