Przeklęte dzieci Inayari to debiut literacki polskiej pisarki Agnieszki Kulbat. Moim skromnym zdaniem, bardzo udany debiut. Książkę zauważyłam na instagramie i zaciekawiły mnie wzory na ciele postaci z okładki sugerujące jakąś formę magii. A że akurat planowałam zamówienie książek to stwierdziłam, że się skuszę. I to była zdecydowanie dobra decyzja.

W starym zamczysku przerobionym na klasztor, w miejscu gdzie panuje niemal wieczna zima, a dostęp jest zniezwykle trudny – w Inayari – żyją kapłanki Mojr. Gdy na stół runicznej Rayn trafia umierający młodzieniec jej ułożone życie zostaje wywrócone do góry nogami. Musi zmierzyć się ze starą przepowiednią, tajemnicami i okrucieństwami zakonu oraz dziwną więzią z uratowanym Aidenem.
Powieść porywa już od drugiej sceny, gdy poznajemy Rayn oraz Aidena. A w miarę jak kolejne tajemnice życia Rayn oraz Zakonu Inayari zostają odkryte wciaga czytelnika coraz bardziej. Niezywkły klimat historii, osadzonej w starym zamku z przeciągmi, szalejąca zima i mrok, dosłowny i przenośny, stanowią świetne tło do wydarzeń.
Dostajemy bohaterkę, która nie traci od razu głowy do przystojnego faceta, masę pietrzących się tajemnic i wartką akcję. Przeklęte dzieci Inayari ciężko jest odłożyć. Jest to zdecydowanie udany debiut literacki. Moje jedyne uwagi to momentami odrobinę chaotyczna narracja – idzie się pogubić o kim akurat mowa oraz trochę nijaka okładka w stosunku do zawartości książki. Dwie drobne literówki nie przeszkadzają w cieszeniu się lekturą. Z racji tego, że tak ciągnie do jej czytania, powieść wydaje się być bardzo krótka, choć liczy sobie te 335 stron. Całe szczęście niedługo wychodzi kolejna część i liczę na to, że dostaniemy więcej Rayn i Aidena oraz może dowiemy sie więcej o kraju, w którym się odbywa akcja – Ratrii. Ja po Mojrę 2 na pewno sięgnę.
Moja ocena: 9/10
