Tym razem tylko kilka słów wrażeń po pierwszej części. Pełna recenzja pojawi się gdy skończę księgę II. Ciężko jest ocenić je osobno skoro tworzą całość.

Cykl Demoniczny Petera V. Bretta był zachwycający. I na pewno poświęcę mu, któregoś dnia, cały wpis. A na szybko napiszę tylko, że fenomenalnie wykreowany świat z zagrożeniem ze strony demonów oraz dwa różne społeczeństwa, które się z nim musiały zmierzyć tworzą wciagającą historię walki ludzi o przetwanie. Narracja prowadzona przez różnych bohaterów, a co najważniejsze przedstawienie ich historii i decyzji, które spowodowały, że znaleźli się w centrum wydarzeń pozwoliło na naprawdę głęboki wgląd w społeczeństwa. I uważam, że był to absolutny majstersztyk.
Po zakończeniu Cyklu Demonicznego miałam nadzieję, że jeszcze jakieś historie osadzone w tym świecie się pojawią. Liczyłam na historię pierwszego wybawiciela lub genezę pojawienia się demonów, tymczasem dostaliśmy niejako kontynuację. Minęło 15 lat od ostatecznej walki z Otchłani a dzieci bohaterów są już niemal dorosłe. No właśnie, niemal…
Pierwsze 60 stron Księcia pustyni rozczarowuje. Jest to ciąg narzekania piętnastolatki – Olive – na fakt, że nie może zadowolić matki i nauczycieli, a jako córka księżnej jej życie jest też ograniczone pod każdym innym względem. Dostajemy również garść rozdziałów Darina, syna Arlena, który jak Olive, ciągle roztrząsa fakt, że daleko mu do ojca. Niestety rozdziały te sprawiają wrażenie, że są pomijalne, taki tylko zarys wydarzeń z innej perspektywy.
Przy około 150 stronie się historia w końcu się rozkręca. Olive ma szansę zabłysnąć bez ograniczeń matki i rozwinąć swoje umiejętności. Do tego gdy wracają do historii mieszkańcy Krasji, ich intrygi i złożoność społeczeństwa, dostajemy tego Bretta w którym się człowiek zakochał w Cyklu Demonicznym.
Z niecierpliwością biorę się za drugą część Pustynnego księcia. Po słabym, niezachęcającym początku, zdecydowanie porywa.
Moja ocena 6/10
