„Diuna”, otwierająca „Kroniki Diuny”, choć znajdowała się na moich listach do kupienia, nie była moim priorytetem, ale jeśli mąż wykazuje zainteresowanie książką fabularną i to do tego taką z mojej listy to decyzja jest prosta. Niestety muszę też przyznać, że choć miałam zamiar ją przeczytać przed ekranizacją (tą z 2021 roku) to niestety mi się to nie udało i film obejrzałam jako pierwszy. W końcu jednak zabrałam się za książkę i szczerze żałuję, że dopiero teraz.

Ród Atrydów dostaje w lenno od Imperatora planetę Arrakis, zwaną Diuną, gdzie wydobywana jest niezwykle cenna przyprawa – melanż. Książę Leto wyczuwa pułapkę i pomimo świadomości zagrożenia nie ucieka, a z całą rodziną i dworem opuszcza zielony i pełen wody Kaladan, by przejąć pustynne pustkowia Arrakis. Tym samym zostajemy porwani przez szalony roller coaster politycznych intryg, zaciętych walk i religijnego fanatyzmu, a to wszystko w cieniu przepowiedni oraz wielu pogmatwanych wizji przyszłości.
Sci-fi i tematyka kosmiczna raczej nie leżą kręgu moich zainteresowań czytelniczych, ale „Kroniki Diuny” są uznawana za klasykę literatury, wiec musiałam po nie sięgnąć. Jak już wcześniej wspomniałam oglądałam film więc z fabułą byłam mniej lub bardziej zaznajomiona i, ku mojemu zdziwnieniu, ani trochę nie przeszkadzało mi to w czytaniu. Film nijak nie oddaje głębi i złożoności tej powieści. Intrygi w intrygach, plany w planach i całe szeregi tajemnic i manipulacji powodują, że jest to niezwykle wciagający fabularnie utwór literacki z motywem Mesjasza. Trochę ciężej idzie ze zrozumieniem i zapamiętaniem wszystkich nazw własnych, których w powieściach sci-fi nie brakuje. „Diuna” to także, w moim odczuciu, rozprawa o człowieku, filozofii, religii i naturze. Wszystkie te elementy są wkomponowane w powieść poprzez postacie – czy to ich postawę, wypowiedzi czy działania, a w związku z tym mamy do czynienia z wyszukanym słownictwem. Jestem pewna, że przez brak zrozumienia pewnych wyrażeń momentami uciekała mi głębsza strona „Diuny”, a to co rozumiałam sprawiało, że przepalały mi się styki. Dodatki zamieszczone na końcu książki rzucają delikatne światło na całą historię pomagając ją przyswoić. Tu jednak muszę uczciwie przyznać, że czytanie o religii Diuny brzmiało dla mnie jak „bla bla blablabla blabla bla…”, ale słowniczek pojęć bardzo pomógł.
Polecam każdemu, kto ma ochotę na historię o Mesjaszu w kosmosie z masą politycznych zawirowań oraz społeczeństwem, dla którego woda jest najwyższą wartością.
Na wspomnienie zasługują też cudowne ilustracje autorstwa Wojciecha Siudmaka.
Moja ocena: 7/10
