Wszystkie nasze klęski – Amanda Foody i Christine Lynn Herman – t. 2 dylogii Villians

Krwawy truniej dobiega końca, a razem z nim krwawią moje oczy od ilości błędów w tej książce.

„Wszystkie nasze klęski” to kontynuacja „Wszyscy jesteśmy łotrami” i jednocześnie zamknięcie dylogii „Villains”. Poznani w pierwszej części bohaterowie starają się wygrać lub zniszczyć turniej, jednocześnie mierząc się z własnymi demonami i rodzinami.

Zacznijmy może od wrażeń z samej fabuły. Podobały mi się próby, z jakimi się spotkali bohaterowie przy niszczeniu kolejnych reliktów i punktów obserwacyjnych. Musieli się zmierzyć z ciemną stroną rodzin tworzących turniej. Tylko, czy naprawdę nikt wcześniej nie wpadł na to, by połączyć relikty i punkty obserwacyjne? Nawet przypadkiem, na przykład przez powieszenie płaszcza na wyciągniętej rece posągu – jakoś strasznie ciężko mi w to uwierzyć. Do tego muszę jeszcze wspomnieć o wciskaniu wątków romantycznych gdzie się da, tak jakby każdy musiał mieć swój ‚happy end’. Oczekiwałabym od takiej historii zdecydowanie więcej makabry – taki turniej zdecydowanie pozwalałby autorkom na wprowadzenie więcej tragedii.

W recenzji „Wszyscy jesteśmy łotrami” pisałam, że Alistair i Isobel skradli moje serce i nadziei na ich przyszłość. Niestety się srogo zawiodłam i teraz to ja mam złamane serce (o co chodzi? klik).

Teraz mogę przejść do wydania. Ta dylogia powinna być jedną książką, a jeśli już koniecznie dwie, to powinny być wydane razem lub czytane jedna po drugiej. Drugi tom nie zawiera żadnej przypominajki, na czym się skończyła historia, przez co pewne niuanse uciekają, a człowiek łapie się za głowę, o co chodzi.

„Wszyscy jesteśmy łotrami” miała co najmniej 6 błędów, i nie mam na myśli tylko drobnych literówek. Ilości błędów w „Wszystkie nasze klęski” nie zliczę. Było ich całe mnóstwo – od zwykłych literówek, przez nieprawidłowe rodzaje męskie i żeńskie, aż po nagle zmieniające się imiona bohaterów! Przykład? Scena z Finlayem i Briony, a nagle w odniesieniu do dziewczyny pojawia się imię Isobel! Co to ma być? Dodatkowo, przez dwie książki przewija się nazwa klątwy – „Uścisk Kostuchy”, a nagle bum! – jednorazowe „Uścisk Żniwiarza”. Dlaczego? Dlaczego?! Nie mam pojęcia, czy oryginał był tak źle napisany i błędy zostały przeniesione przy tłumaczeniu, czy powstały na innym etapie tworzenia polskiego wydania. Ale serio, Wydawnictwo Young, nikt tego nie czytał przed wypuszczeniem na rynek? Wasze inne książki nie mają tylu błędów. W pierwszej części było ich co najmniej 6, tutaj trudno je zliczyć. Żałuję, że nie używałam znaczników podczas czytania, ale wtedy pewnie spędziłabym drugie tyle czasu na zaznaczaniu błędów, co na samej lekturze. Ze względu na te wszystkie koszmarki obniżam ocenę o 2 – tak bardzo uprzykrzają czytanie.

Moja ocena 5/10 – byłyoby 7, ale strasznie się ją czyta przez te wszystkie błędy.

Dodaj komentarz