W maju przeczytałam łącznie 7 książek, ale nie powiedziałabym, że był to udany książkowo miesiąc. Czemu? Wśród tych 7 za mało było rewelacyjnych. Słuchałam też trochę audiobooków – 3 całe i 2 częściowo, z dwóch kompletnie różnych powodów.

Maj zaczęłam od zakończenia lektury „Więzów nieba” A. C. Gaughen, czyli drugiego tomu serii „Żywioły” z ocena 7/10. Była to zdecydowanie lepsza część niż pierwszy tom – bohaterka z jasnym celem, ciekawa magia i masa akcji.
Następna była „Północna granica” Feliksa W. Kresa otwierająca „Księgę całości”, którą oceniłam na 6/10 – dobra lektura, dość krótka i zdecydowanie sprawia wrażenie wprowadzenia w wielki świat dwóch Potęg – jestem ciekawa kolejnych tomów.
Każdy, kto kiedykolwiek zapytał mnie o polecenie książki, na pewno usłyszał o „Mieczu Prawdy” Terry’ego Goodkinda, a więc nie mogło na mojej półce zabraknąć spin-offu tej serii. Ale jak to ze spin-offami bywa, potrafią zawieść oczekiwania po oryginale, więc „Pani Śmierci” otwierajaca „Kroniki Nicci” chwilę czekała na swoją kolej. I z oceną 6/10 pozostawiła po sobie niedosyt – nie polubiłam bohaterów, za którymi już wcześniej nie przepadałam a sama historia na chwilę obecną wydaje mi sie być mixem pojedynczych przygód wrzuconych razem do worka. Na zaznaczenie zasługuje jednak fakt, że pojawia sie tam smok – i to żywy.
Kuszący przepięknym wydaniem „Gallant” V.E Schwab był 4 w kolejności przeczytaną przez mnie powieścią. Ma niezwykły mroczny klimat i przecudowne ilustracje, ale niestety nie dość, że jest to bardzo którka historia, to rozwija sie straaasznie wolno, więc oceniłam ją 6/10.
„Plastikowy Mag” Charlie N. Holmberg był pierwszą rewelacyjna powieścią w maju, ale jak w przypadku „Pani Śmierci”, trochę się wyczekała na połce. Po pierwsze, myślałam że „Papierowy Mag” będzie trylogią – historia zdecydowanie na to wskazywała, ale skoro powstała nowa to bałam się, że będzie na siłę ciągnięta. Tymczasem dostałam super świeżą, trochę niezdarną bohaterkę, pełną pasji i entuzjazmu oraz zupełnie nową opowieść osadzoną w tym samym świecie niezwykłej magii. Co więcej, bohaterowie „Papierowego maga” również się tam pojawili, choć zupełnie nienachalnie i to mnie bardzo cieszy. Połknęłam ja w jeden dzień i oceniłam 8/10.
Pełna entuzjazmu po „Plastikowym Magu” zabrałam się po „Wszystkie nasze klęski” pań Foody i Herman, czyli drugą i ostatnią część „Villians”. Wracamy do krwawego turnieju nastolatków walczących na śmierć i życie o wysoką magię dla swoich rodzin. Jest lepsza niz pierwsza część, bo od razu zostajemy rzuceni w wir wydarzeń, ale ma też swoje niedociągnięcia. Oceniłabym ją na 7/10, ale przez fatalne wydanie z kosmiczna masą błędów, które uprzykrzaja czytanie ocena wynosi 5/10. Fabularnie podobała mi się bardziej niż „Wszyscy jesteśmy łotrami”. Muszę też wspomnieć, że zawiodłam się na wątku miłosnym – a raczej na jednym z wątków miłosnych. Chciałabym zupełnie innego zakończenia, a i nie obraziłabym się za trochę więcej makabry – jakby nie patrzeć miał być to krwawy turniej, a wyszedł trochę za cukierkowy.
Na sam koniec miesiąca przeczytałam także „Sowę z Askiru” Richarda Schwartza – 6, a raczej 5.5 tom „Tajemnicy Askiru” – fenomenalnego high fantasy – 8/10. Mnie już pierwsza część porwała i tym razem było tak samo. Trochę niemrawy początek, ale w pełni zrekompensowany w miarę czytania. Żałuje jedynie, że już szczegółowo nie pamiętam poprzednich 5 tomów. Jak już wyjdzie ostatni tom, to zanim go przeczytam, zdecydowanie zrobię reread całości!
Na początku wspomniałam też o audiobookach, więc teraz o nich.
Szukałam czegoś co mogłabym posłuchać do sprzątania i wyczaiłam „Baśniową opowieść” Stephena Kinga. Jako, że wcześniej ani nie czytałam ani nie słuchałam nic Kinga chciałam spróbować. O ironio to nie ta fantastyczna część skradła moje serce, a początek historii. Baśniowa część momentami się ciągnie i przynudza – zdarzało mi się gubić zainteresowanie. Ogólnie jest to jednak dobra historia z chwytającym za serducho wstępem. Oceniłam ją 6/10.
Swoimi okładkami kusiły mnie „Wiedźmy z Dechowic”, ale w związku z ostanim postanowieniem, by moja biblioteczka odzwierciedlała moje gusta, a więc by kupwać tylko książki, które mnie zachwyciły (audiobookiem lub ebookiem) postanowiłam je przesłuchać. Pierwszy tom jest w miarę, choć jeśli się czytało Wędrowycza to ciężko sie oprzeć wrażeniu, że jest to tylko podróba, ale drugi to koszmar – no chyba, że lubicie przydługie, za nudne filozoficzne i „magiczne” wywody facetów, którzy uważają, że pozjadali wszystkie rozumy. Tą drugą część męczyłam do tego stopnia (a to odsłuch, nie czytanie!), że ją porzuciłam – to samo w sobie dużo mówi, bo nie mam w zwyczaju zostawiać zaczętych powieści. Z ocenami odpowiednio 5/10 i 2/10 stwierdziłam, że nie mogłam w lepszym momencie postanowić, by przestać kupować tylko oczami. Jeśli jesteście ciekawi dlaczego dałam 2 a nie 1 to musicie rzucic okiem do posta o staruszkach.
Wymęczona opowieściami z Dechowic włączyłam „Legendy i Latte” Travisa Baldree licząc na coś lekkiego. Historia faktycznie jest bardzo lekka i ciepła, jeśli można tak powiedzieć, ale to tyle – 6/10. Opowiadanko o rozwoju kawiarni, gdzie element fantastyczny się całkowicie gubi, akcji tak na prawdę brak, a i na te legendy z tytułu też nie ma co liczyć.
Ostatnim z audiobooków jest „Pieśń Pustyni” Grzegorza Wilgusa. Intrygował mnie zarówno tytuł jak i okładka. Po kilkunastu rozdziałach stwierdziłam, że historia Zirry jest na tyle złożona i mnie zaintrygowała, że chcę ją kupić i osobiście przeczytać. Tak więc ta trafiła na listę do kupienia przy najbliższym zamówieniu.
Jeśli chcecie wiedzieć więcej na temat tych książek, koniecznie zajrzyjcie do poszczególnych postów. Jak pewnie zauważyliście zostały podlinkowane pod tytuły wspomnianych powieści. Koniecznie też dajcie mi znać co myślicie i czy czytaliście coś z mojej majowy listy.
