Jako, że jest to drugi tom serii „Czarne Kamienie” ten post może zawierać spoilery pierwszej księgi. Jeśli nie czytaliście, zapraszam do lektury recenzji „Córki Krwawych”, a dopiero potem tego posta.

Jaenelle potrzebowała dwóch lat by uleczyć swoje ciało i umysł po ostatnich traumatycznych wydarzeniach. I choć fizycznie nic już jej nie dolega, psychicznie wciąż jest bardzo krucha. Bezpieczna i otoczona miłością odnawia kontakty z dzieciństwa, jednocześnie zmagając się z ludźmi, którzy chcieliby ją zniewolić i wykorzystać jej moc. Pchnięta do granic wytrzymałości, by ochronić królestwo musi stanąć twarzą w twarz z przeznaczeniem, którego tak bardzo starała się uniknąć. Tymczasem błakającemu się po Wykrzywionym Królestwie Daemonowi kończy się czas.
Drugi tom Czarnych Kamienibpołknęłam jak zwykle ekspresowo. Muszę jednak przyznać, że jest dla mnie jednym z cięższych – jest w nim najmniej Daemona, a fakt, że jest z dala od Jaenelle sprawia mi niemal fizyczny ból i pewnie nigdy się nie pogodzę z faktem, że przez tak długi czas nie starali się go ściagnąć do Kaeleer. Nie tylko Czarownica odniosła rany w Terreille. W tej części poznajemy też wspominanych w „Córce Krwawych” przyjaciół Jaenelle oraz zdecydowanie więcej krewniaków. „Dziedziczka cieni” jest mroczną i zmysłową powieścią, ale wciąż ze spora dozą przemocy, przez co nie każdemu przypadnie do gustu. Moim zdaniem jednak właśnie ta brutalność historii świetnie pokazuje róznice pomiedzy Krwawymi przestrzegającymi protokołu, a tymi skażonymi przez Dorotheę i Hekatah.
Niezależnie od tego ile razy już ją czytałam zawsze gwarantuje mi burze emocji i doprowadza do śmiechu oraz do łez. Jeśli to nie jest definicja ulubionej powiesci to nie wiem co nią jest. Jesli jesteście fanami dwórów Maas to relacje damsko-męskie w Kaeleer oraz tworzący się Ciemny Dwór też was oczarują.
Moja ocena 10/10
