Wrzesień czytelniczo wypadł słabo – ogarnianie domu, dzieci, powrót do pracy po macierzyńskim i rozczarowujące książki – to wszystko sprawiło, że nawet czytać mi się nie chciało.

Miesiąc zaczęłam od dokończenia „Klatwy Bogów”. „Ból” nie zafundował mi takiej dawki humoru jak wcześniejsze części, ale i tak do całej serii będę wracać. Willa i Abklęci są świetną kombinacją na poprawę nastroju.
Następnie stwierdziłam, że pora skończyć czytać, zaczęty w połowie lipca, „Wieloświat”. Po pięćdziesieciu stronach i kilku kolejnych próbach zabrania się za kontynuację ostatecznie postanowiłam porzucić „Opowieści z Wieloświata”. O powodach tej decyzji możecie przeczytać tutaj.
Nie wiem, czy to miła odmiana od poprzedniej książki, czy tęsknota za czytaniem, czy samo „Królestwo ciała i ognia”, ale połknęłam je w zalediwe 3 dni. Poppy choć męcząca to wraz z Casteelem zapewnili mi nie lada rozrywkę.
Po optymistycznym zakończeniu „Królestwa ciała i ognia” przyszła kolej na 3 tom, i myślalam że finał, „Z krwi i popiołu”, czyli „Koronę ze złoconych kości”. Strasznie ją wymęczyłam, a gdy dobrnęłam do końca to okazało się, że to nie jest żadna trylogia! Teraz czekam na kolejną część przygód Poppy jednocześnie obawiając się, że jakość tej historii jeszcze bardziej poleci na łeb…
We wrześniu zabrałam się też za długo wyczikwany przeze mnie „Półmrok”, ale historii nie zdążyłam dokończyć i czytałam jeszcze w październiku.
Na sam koniec miesiąca przypomniałam sobie również o audiobookach. Przesłuchałam „Klątwę cierni”, którą miałam w Empikowym koszyku czekającą na zakup oraz zaczęłam „Kwat paproci i inne legendy słowiańskie”.

