W grudniu chciałam przeczytać trochę więcej niż mi się udało, ale pod koniec miesiąca choroba rozłożyłam mnie do tego stopnia, że czytanie po prostu mi nie szło. Niemniej jednak, udało mi się przeczytać siedem książek i jedną zacząć, przesłuchać jednego audiobooka, jednego porzucic i jeszcze jednego zacząć.

Miesiąc zaczęłam od dokończenia romansu historycznego „Jak dwie krople wody”, który pomimo błędów oraz dziwnej konstrukcji zdań zaskoczył mnie tym, jak przyjemny się dla mnie okazał.
Następnie czytałam „Gdy przechodzi noc” – gatunek, po który wcześniej nie sięgałam, czyli kryminał. Bardzo dobrze mi się czytało – krótkie treściwe rozdziały, ciekawa historia i zabójca, którego absolutnie nie podejrzewałam. Udany debiut literacki młodego autora.
Kolejne było „Fourth Wing. Czwarte Skrzydło”. Mój mąż je przeczytał i cały czas mi powtarzał jakie jest zajebiste, więc zabrałam się za nie i ja. W dwa dni przeczytałam ponad 500 stron i muszę przyznać, że naprawdę jest świetna. Byłoby 10 na 10 gdyby nie to, że końcówka była przewidywalna. W pewnym momencie wiedziałam dokąd zmierzamy i to mi trochę popsuło frajdę z czytania. Gorąco wszystkim polecam, bo klimat jest boski.
W grudniu udało mi się skończyć „Tajemnicę Akiru”, a ostayni tom to „Rada Koronna”. Tutaj mam mieszane uczucia. Z jednej strony wymuszony wątek miłosny, ale z drugiej zakończenie, po którym miałam ochotę krzyczeć.
Jak szaleć to szaleć. W ramach współpracy recenzanckiej spróbowałam też klasycznego nowoczesnego romansu. „Zakład. Bracia Winslow” – napisane przez kobiety ku uciesze kobiet. I po raz kolejny byłam zaskoczona tym, że dobrze się bawiłam przy historii która nie posiadała elementów fantastycznych. Warto czasem rozszerzyć horyzonty czytelnicze.
Postanowiłam zabrać się za jedno z wydań specjalnych z boksów subskrypcyjnych. Książka, która za mną chodziła od kiedy ją dostałam i zobaczyłam jedno zdanie na okładce. Pierwsze kilka stron „Masters of Death” było naprawdę fajnych, a później pojawiała się bohaterka, która sprawiła, że mój entuzjazm oklapł. Próbowałam do powieści podejść jeszcze raz, ale jakoś nie czułam tej miłości. Zdecydowałam, że na razie odkładam ją na bok i wrócę do niej w 2024. Może…
Czekała na mnie seria „Spętani przez bogów”, a ja miałam ochotę poczytać coś co wiedziałam, że mi się spodoba. Korzystając z tego, że nie było dzieci w domu połknęłam pierwszy tom w jeden dzień i byłam tak samo zachwycona jak ponad dekadę wcześniej, gdy czytałam janpobraz pierwszy. Rzutem na taśmę w ostatni dzień roku udało mi się przeczytać drugi tom serii „Wędrówka przez sen”, a skończyłam go na 30 minut przed północą.
Jeśli chodzi o audiobooki, w grudniu były trzy. „Ta, która stała się słońcem” zdecydowanie wymagała skupienia podczas słuchania, a ja audiobooki preferuję jako umilenie codziennych obowiązków, wiec mix imion i azjatycki klimat był dla mnie koszmarem. Ciężko mi się było w niej odnaleźć, a jednocześnie jestem ciekawa co będzie w drugim tomie. Eh, gdzie tu logika…
Po dość ciężkim pierwszym audiobooku chciałam czegoś lżejszego i zabrałam się za „Żywy las”. Szukałam czegoś innego, a trafiłam na ten. Spodobała mi się okładka i opis był fajny, do tego fantastyka. Hej, czemu nie spróbować? Po dwóch albo trzech podejściach jednak zrezygnowałam. Chaos jakim bombardowałam mnie ta historia po prostu był nie do ogarnięcia. Więcej napiszę w dedykowanemu książce poście.
Zaczęłam na sam koniec roku „Chłopki. Opowieść o naszych babkach”, ale jeszcze nie wiem co o niej myśleć, to dopiero początek.
