Dzisiaj post o książce poleconej mi w ramach wyzwania 12 znajomych – 12 książek. A sama książka jest już staruszką – wydana była w 2011 roku! Udało mi się ją dorwać na Vinted.

Cas Lowood widzi umarłych. Uzbrojony w tajemnicze athame swojego ojca podróżuje z matką czarownicą po kraju i wysyła duchy na wieczny spoczynek. Tym razem jedzie rozprawić się ze zjawą znaną jako Anna we Krwi, która zabija każdego kto przekroczy próg jej domu.
Zanim przejdziemy do Anny, powieść zaczyna się od innej przygody Casa, od innego polowania. I każdy kto oglądał „Supernatural” natychmiast poczuje się jakby siedział z Deanem w samochodzie. Aż byłam w szoku jak intensywnie odczułam klimat serialu w pierwszych paru stronach. Po takim wstępie do dalszej lektury nie trzeba było mnie więcej zachęcać.
Czy później było lepiej? Nie…
Moment poznania Anny był Wow! To jest ten klimat, którego oczekiwałam. Tylko, że niestety się nie utrzymał. Ten makabryczny aspekt Anny jest świetny – jej aktualne „życie” i jej śmierć, ale poza tym dziewczyna jest nudna. Wątek romantyczny całkowicie popsuł mi zabawę. Nie tyle, przez fakt, że był, co przez to, że był dla mnie za słodki, aż mdły. Chciałam horroru dla nastolatków, a dostałam mierny romans pranormalny, trochę lipa. Zaskoczył mnie wątek śmierci ojca Casa. Przez to jak był wspominany spodziewałam się, że jest on motywem przewodnim drugiego tomu, a zaskakująco namieszał już w tym. Co niestety też mi się nie podobało…
Jestem rozczarowana „Anną we krwi”. Jako całość nie sprostała moim oczekiwaniom, choć fragmenty miała świetne. Nie czułam chęci do kontynuowania po pierwszych nudniejszych częściach, przez co czytałam ją dłużej niż sugerowała by objętość książki. Zanim zaczęłam, zastanawiałam się nad zakupem obu tomów w języku angielskim, bo drugi w Polsce nie był wydany, i cieszę się, że tego nie zrobiłam. Nie jestem zainteresowana dalszymi losami Casa i Anny.
Moja ocena: 5/10
„Anna we krwi” – Kendae Blake
Wydawnictwo Proszyński i S-ka
Tłumaczenie Grzegorz Komerski
