Ambulans jedzie na wieś. Śladami wędrownych wyrwizębów – Aleksandra Kozłowska

Po „Chłopkach. Opowieści o naszych babkach” moje zainteresowanie historią polskiej wsi i jej mieszkańców w nowożytnej Polsce niespodziewanie wzrosło, więc gdy pojawiła się szansa na zgłębienie tematu nie mogłam odmówić.

Reportaż Aleksandry Kozłowskiej zabiera nas w podróż po powojennych wsiach. Wyruszamy śladami jej mamy, by potem poznać życia innych dentystów – z wyboru czy przymusu – wysłanych mobilnymi gabinetami do odległych wiosek. Brakuje kadry, sprzętu i prądu, ale PRLowskie normy trzeba wyrobić, a więc zostaje borować, plombować i rwać.

Zacznę może od moich oczekiwań względem „Ambulansu..”. Opisy z okładki obiecują wciagające i szokujące historie z pracy dentystów w mobilnych gabinetach. Fragment o podróży zinterpretowałam w przenośni, i jak się szybko okazało, właśnie tu popełniłam błąd.

Dosłownie jedziemy na wycieczkę z autorką i jej matką. Można by pomyśleć, że dzięki temu poznamy masę anegdotek o dentystach, ale niestety nie. W zamian dostajemy przynudnawe i za długie opisy niemal wymarłych wiosek i poszukiwań jakichkolwiek wzmianek o dentobusach w kronikach.  Pojawiają się one również później, gdy Aleksandra Kozłowska stara się namierzyć wzmianki o innych ambulansach i ich kadrach. Jak na mój gust, zaciemnia to temat. Autorka ma też tendencję do rozwlekania wypowiedzi. W książce nawet sama o tym wspomina, gdy zostaje uciszona przez swoją rozmówczynię. Częściowo męczące były też dla mnie całe życiorysy niektórych bohaterów reportażu, niejednokrotnie wraz z ich rodzicami czy partnerami. A piszę „częściowo”, bo potrafiłam się złapać na tym, że byłam autentycznie ciekawa ich losów. Muszę też wspomnieć o przytaczanych fragmentach w dialekcie, których zrozumienie było ciężkie, a momentami zwyczajnie odpuszczałam.

Może się wydawać, że ja tak narzekam i narzekam, ale absolutnie nie żałuję czasu spędzonego na lekturze tego reportażu.

Dostajemy krótki i treściwy wstęp (co jak teraz już wiem, jest dość niezwykłe dla Aleksandry Kozłowskiej) z zarysem historycznym dentystyki. Autorka przedstawia statystyki i metody walki państwa z opłakanym stanem zdrowia i uzębienia Polaków oraz braki w personelu. Nie tylko państwo starało się poprawić sytuację, ale też sami dentyści,  niektorych poznacie w tej książce (pewnie lepiej niż byście chcieli 😉). Dla kogoś takiego jak ja, urodzonego w latach 90., realia PRLu są tylko opowieściami dziadków i rodziców, głównie o kolejkach i brakach wszystkiego, więc możliwość poznania tamtych czasów w konkretnej dziedzinie jest nie tylko ciekawa ale i szokująca.

Rozumiem, że tak naprawdę nie było możliwości przytoczenia przygód dentystów jak tego pierwotnie oczekiwałam. Część z nich już nie żyje, a ich dzieci tych historii nie znają, czy też zwyczajnie wspomnienia zatarły się w pamięci. Niemniej jednak „Ambulans jedzie na wieś” robi niezłą robotę w pokazaniu realiów tamtych czasów, wyzwań jakie czekały na młodych dentystów i przede wszystkim, że dentobusy w ogóle istniały!

Dziękuję Wydawnictwu Znak za przesłanie egzemplarza do recenzji.

„Ambulans jedzie na wieś. Śladami wędrownych wyrwizębów” Aleksandra Kozłowska
Wydawnictwo Znak


Dodaj komentarz