Końcówka trzeciego tomu „Z krwi i popiołu” dawała nadzieję, że czwarty będzie pełen akcji, a Poppy w końcu się ogranie. Przeczytałam wszystkie poprzednie części, a więc powinnam była wiedzieć lepiej…

By tradycji stało się zadość, „Wojna dwóch królowych” rozkręca się równie wolno jak poprzednie trzy. I nie ma znaczenia, że historia mogłaby ruszyć z kopyta i porwać czytelnika. Poppy niestety „nie wychodowała sobie jaj” i wraca do swoich wiecznych rozterek, aż do bólu.
Z kolei wątek Kierana… czy tylko ja mam wrażenie, że koleś jest piątym kołem u wozu, ale autorka uparcie go tam wciska by podkręcić pikanterię? Jak na mój gust nie wyszło, a całość mnie zmęczyła.
Wygląda też na to, że zarówno „Z krwi i popiołu” jak i prequel „Z ciała i ognia” będą się kręciły wokół tego samego wątku, co mnie irytuje już na samą myśl. Dwa razy będziemy czytać to samo. Seraphena przynajmniej na ikrę i jej historia jest bardziej dynamiczna i ciekawsza.
Chciałabym napisać, że piątej nie kupię i nie przeczytam, ale nie będę się oszukiwać. O ile historia nie jest naprawdę koszmarna, nie potrafię jej porzucić nie znając zakończenia, a do tego, niemal obsesyjnie, kolekcjonuję książki – miałoby mi braknąć jakiegoś tomu skoro i tak mam już cztery?! Dla mnie to nie do pomyślenia 😅
Moja ocena 5/10
„Wojna dwóch królowych” – Jennifer L. Armentrout
„Z krwi I popiołu” tom 4
Wydawnictwo Akurat
Tłumaczenie Justyna Szcześniak-Norberg
