Z jednej strony ciekawość, z drugiej obawa po odbiorze pierwszej. Mam wrażenie, że już dawno nie zakochałam się w książce, i to pomimo jej wad!

Nie mam pojęcia, czy moja reakcja na „Tron w ruinach” jest efektem czytania jej w odpowiednim momencie – nastroju, cyklu, ustawienia planet, czy co tam można jeszcze wymienić, czy zwyczajnie zakochałam się w bohaterach i ich świecie. Ja obstawiam to drugie.
Finlay wie czego chce, ma jaja i nie boi się walczyć za to w co wierzy. Po ostatnich lekturach z niezdecydowanymi bohaterkami była po prostu porywająca. A Nyfain, cóż już ustaliliśmy, że to mój typ księcia – mroczny, niebezpieczny i wewnętrznie rozdarty. No i biblioteka! Romantasy o romantasy. To tak jakby Finlay przeżyła wszystkie marzenia książkar. Aż jej zazdroszczę…
„Tron w ruinach” skupia się na rozwijającej się relacji tej dwójki, a jednocześnie przygotowuje nas na kolejny etap historii czyli poznanie króla demonów. Romans gra pierwsze skrzypce i jest to „smutaśny” romans. Zdecydowanie nie brakuje tam gorących scen seksu, ale w przeciwieństwie do pierwszego tomu, nie są one tak koszmarnie wulgarne i nie miałam ochoty wydrapać sobie oczu. Jedyne na co nie miałam ochoty to na odłożenie książki.
Choć byłam zachwycona to nie mogę się nie przyczepić do pewnych elementów.
Ten wulgarny lokaj – błagam niech koleś w końcu zginie, jest turbo męczący i odpychający.
Do tego kwestia zmiennokształtności, a dokładniej tych wewnętrznych zwierząt. Nie dość, że nie do końca to ograniam (ale sama Finlay też nie), to wprowadza przemoc do relacji Finlay i Nyfaina, a to mi się bardzo nie podoba.
„Tron w ruinach” to guilty pleasure w najczystszej postaci. Podoba Ci się, choć tego nie chcesz, ale wciąga tak, że czytasz z zapartym tchem. Przede mną dwa kolejne tomy. Jestem ich kosmicznie ciekawa, a więc lecę czytać!
Moja ocena 9/10
„Tron w ruinach” – K. F. Breene
„Smakowicie mroczne baśnie” tom 2
Wydawnictwo Nowe Strony
Tłumaczenie Hana Matejek-Khouri
