Do śwata stworzonego przez autorkę wraca się natychmiastowo, od pierwszego zdania, i wsiąka na amen. Ta konkretna część – „Królowa ruin” i finał serii, pomimo mojego uwielbienia do cyklu, niestety miała przestoje, gdzie nie czułam potrzeby czytania. Były momenty, gdy spokojnie okładałam książkę i, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, robiłam dłuższe przerwy, a do lektury mnie nie ciagnęło. Kompletnie się tego nie spodziewałam po ostatnim tomie!

Jedna ze scen, nie będę zdradzać jaka, sprawiła, że musiałam wytrzeć łzy z oczu i to pomimo podejrzenia, że okażą się zbędne gdy tylko odwrócę stronę. Czy faktycznie tak było musicie przekonać się sami 🤪 Na swoją obronę dodam, że po przeczytaniu trzech części zwyczajnie nie sposób nie zżyć się z bohaterami i dzielić ich radośći i smutki.
Ba! Nawet przekonałam się do Hadriela! No wiecie, tego wulgarnego kamerdynera, na ktorego śmierć liczyłam po pierwszym tomie 😆
Ogólnie podsumowując – dużo śmiechu, dużo napięcia i dużo żalu, bo to już koniec. Pomimo kilku fragmentów, które mogłyby być lepsze, bo „Kólowa ruin” ciut za bardzo poszła po łebkach i może miejscami zbyt łatwymi rozwiązaniami, to niczego nie żałuję, a serię zaliczam do jednej z moich ulubionych. Przy całości, i to niezależne od wzlotów i upadków, bawiłam się świetnie i cieszę się, że nie odpuściłam po pierwszym tomie.
Jeszcze co do samego polskiego wydania. Niestety jest to kolejna niechlujnie wydana książka, z masą literówek. Mam nadzieje, że ktoś w końcu zrobi z tego burzę, bo takie wydania zaczynają być plagą i są zwyczajnie amatorskie. Zero szacunku dla czytelnika.
Moja ocena 8/10
„Królowa ruin” – K. F. Breene
„Smakowicie mriczne baśnie” tom 4
Wydawnictwo Nowe Strony
Tłumaczenie
