Po tak ładnie wydanej książce spodziewałam się równie ciekawego środka. Tymczasem tak jak mdłe są kolory okładki i brzegu tak nijaka jest jej treść. „Encyklopedię” mogę zaliczyć do największych rozczarowań tego roku.

Zacznijmy od samej formy narracji – dziennika. Nie byłoby w tym absolutnie nic złego, bo krótkie rozdziały nadają trochę dynamiki, gdyby nie przypisy. I to nie tłumacza, tylko samej Emily. Wykorzystuje je do wtrącania do, i tak już przegadanej i z masą dygresji, relacji jeszcze więcej dygresji i suchych faktów, które tylko rozpraszają i wytrącają z flow lektury, a jednocześnie są meeega nudne. Za którymś takim przypisem zaczęłam się zastanawiać czy nie zacząć ich ignorować, niestety myśli w stylu „a może tym razem to ważne?!” wygrały i czytałam wszystkie….
Po książce o wróżkach elfach można by się oczekiwać baśniowego klimatu, niestety tu go nie ma. Naukowy bełkot i mnogość nazwisk badaczy całkowicie zabijają jakikolwiek nastrój i zostaje nam sucha naukowa rozprawa. Gdyby zamiast tej paplaniny wypełnić „Encyklopedię” tymi wszystkimi opowieściami do których Emily się non stop odnosi byłaby to kompletnie inna lektura. Tymczasem na około 300 stron, cała pierwsza połowa, czyli 150 stron to właśnie ten bełkot. Około połowy coś się w końcu zaczyna dziać, ale rozkręca się przez kolejne 75 stron. Ostatnie 75 było czymś choć częściowo interesującym – Emily przeżyła opowiadanie, a nie tylko o nim pisała.
Jak na mój gust w tej historii zabrakło magii (i nie mam na myśli czarów, tylko urok historii). Gdybyśmy dostali więcej podań o Ludku podobałaby mi się o wiele bardziej, a tak była to kompletna klapa. Moim zdaniem szkoda na nią czasu. Ja swojego nie odzyskam, ale może komuś oszczędzę błędu.
Moja ocena 3/10
„Emily Wilde Encyklopedia wróżek i elfów” – Heather Fawcett
„Emily Wilde” tom 1
Wydawnictwo MAG
Tłumaczenie Anna Reszka
