When the Moon Hatched – Sarah A. Parker

„When the Moon Hatched” zostawiła mnie wewnętrznie rozdartą i z masą pytań. Nie da się nie złapać za następną gdy tylko wyjdzie. Po kolei jednak…

To nie jest książka, w którą człowiek się wgryzie od pierwszej strony. Dołączony jest do niej słowniczek i to od niego trzeba zacząć, a potem i tak się do niego regularnie wraca. Jak się nie trudno domyslić, ja to uznałam za męczace i upierdliwe. Szybko stwierdziłam, że nie muszę rozumieć wszystkiego i odpusciłam zaglądanie. Od razu o wiele płynniej zaczęło mi się czytać.

Ze słowniczkiem jest jednak jeden spory problem. A mianowicie drzewo genealogiczne rodów panujących. Gdy dotarłam w powieści do fragmentu z niespójnością, spędziłam kilka ładnych minut na analizowaniu fragmentu, który właśnie przeczytałam, drzewa, a potem jeszcze tłumaczyłam tekst na polski, tak dla pewności. Nie mogłam znaleźć w tym sensu! Wróciłam do lektury, a w miarę postępu historii zdałam sobie sprawę z tego jak wielkim spoilerem jest to nieszczęsne drzewo genealogiczne. Ja czasu nie cofnę, ale Was ostrzegam, żebyście sobie nie popsuli zabawy. Napisałam o najważniejszym teraz cała reszta.

„When the Moon Hatched” jest napisana w taki sposób, że można samemu składać elementy układanki, a mimo to potrafi zaskoczyć. Wywołuje też masę emocji. Ja osobiście śmiałam się, wyłam i złościłam, a przy tym bawiłam się świetnie. Trzeba jednak przyznac, że świat jest przyciężkawy, o czym najlepiej świadczy istnienie słowniczka z mnogością pojęć. Do tego ilość warczenia i obnażania zębów przez postacie jest wprost absurdalna. No ok, fae z dziką natura, ale i tak, litości…

Na wzmiankę zasługuje ciekawe ujęcie magii elementarnej – jako głosów bogów. Jak dla mnie tworzy to świetny klimat „dzikiego” świata. Narracja jest głównie z punktu widzenia głównej bohaterki, ale pojawiają się również rozdziały z perspektywy innych osób, a do tego są też wpisy z pamiętnika, które wprowadzają druga linię czasową i pozwalają nam odrobinę zajrzeć w przeszłość. Fabuła ma momenty spowolnienia, przez które trochę traciłam zainteresowanie czytaniem, ale i tak wyszła z tego wszytkiego ciekawa książka, z pomysłem. No i są smoki, więc czy trzeba nam czegoś więcej? Nie! A i tak dostajemy – smoki stają się księżycami.

Po końcówce miałam ochotę krzyczeć. Jak to się mogło tak skończyć? A co z ****?! A ****? Ale przecież jeszcze *****. Nie zdradzę Wam szczegółów, musicie przeczytać sami. Ja nie dość, że złapię za kolejne części jak tylko wyjdą, to też zamierzam przeczytać polskie wydanie. Z jednej strony jestem ciekawa tłumaczenia, a z drugiej liczę na to, że znajdę jakieś smaczki, które mogły mi umknąć tym razem.

A z oceną bardzo długo biłam się z myślami, czy zasługuje aż na 9? Bo 8 byłam pewna. I chyba nie, zostaję przy 8, ale może po polskim wydaniu zmienię zdanie?

Dodaj komentarz