Mam wrażenie, że ta książka opanowała internet – widziałam jej edycje w różnych serwisach. Ja osobiście posiadam tę z Goldsboro Books i zastanawiałam się, czy warto jeszcze skusić się na wydanie FairyLoot. Dlatego zabrałam się za nią niemal od razu, gdy tylko przyszła.

Pierwsze wrażenie po kilku rozdziałach? „Fourth Wing”, tylko że z wilkami. Serio! Momentami skojarzenie było tak silne, że aż trudno mi było je ignorować – szczególnie przy opisach tego „ciemnego” gościa. Co najlepsze, fragmenty te wypadają dość komicznie w porównaniu z resztą tekstu, a przynajmniej ja tak to odebrałam.
Ale żeby nie było – mimo podobieństw, historia broni się sama. I szczerze mówiąc, fabularnie była dla mnie ciekawsza niż Czwarte skrzydło! Nie chcę zdradzać szczegółów, żeby nie spoilerować, ale powiem tylko tyle, że wilk Meryn wcale nie próbuje za wszelką cenę ułatwiać bohaterce życia.
Co mnie zaskoczyło, to fakt, że… faktycznie coś mnie zaskoczyło! Owszem, są tutaj elementy przewidywalne – takie, które od razu wiadomo, jak się potoczą. Ale są też momenty, które zupełnie mnie zbiły z tropu. A w czasach, gdy wiele książek jest pisanych na jedno kopyto i z góry wiadomo, co wydarzy się na następnej stronie, to naprawdę miłe zaskoczenie.
Było kilka rzeczy, które wydawały mi się nielogiczne albo po prostu „nie do końca grały”, ale nie będę wchodzić w szczegóły, bo to już by były spoilery.
„Dire Bound” od samego początku dobrze mi się czytało, ale kiedy zaczęłam drugą połowę, to już kompletnie nie mogłam się oderwać. Cała książka pozytywnie mnie zaskoczyła i jestem bardzo zadowolona z lektury. Drugi tom kupię, jak tylko się pojawi, bo jestem ogromnie ciekawa, co wydarzy się dalej.
Moja ocena: 8/10
