Bride – Ali Hazelwood

Całe wieki zabierałam się za tę książkę i teraz zostaje mi tylko żałować, bo bawiłam się przy niej znakomicie. Bez uwag jednak się nie obejdzie.

Ta książka ma to idealne, niechętne napięcie i przyciąganie między bohaterami, które uwielbiam w romansach. I samo to już sprawiło, że bawiłam się przednio. A jeśli dodamy do tego trochę emocjonalnego rollercoastera i kilka łez, to już w ogóle – dla mnie bomba! Ale żeby nie było – w tej historii nie ma nic odkrywczego ani oryginalnego. To kolejna wariacja na znany temat, jednak sprawiła mi ogromną radochę i pomimo przewidywalności nie mam większych zarzutów do samej fabuły. Co więcej, z niecierpliwością wypatruję już przesyłki z „Mate”.

Mam jednak pewne uwagi do samego świata przedstawionego. Po pierwsze i przede wszystkim – fioletowookie wampiry ze szpiczastymi uszami? Bardziej brzmi mi to jak fae… Dziwne, ale da się o tym nie myśleć za dużo.

Jest jednak jeden element, który mega mnie dezorientował i za każdym razem, gdy się pojawiał, miałam totalny zamęt w głowie – jeśli jesteście w stanie mi to wyjaśnić, będę wdzięczna! Otóż w książce jest wspomniane, że wampiry nie czują zapachów, a później kilkakrotnie pojawiają się odniesienia do zapachów, które Misery czuła. E? Czy ja czegoś nie kumam?

Pomimo tych powyższych mankamentów nie narzekam na lekturę „Bride”. Trafiła w moje gusta i dostarczyła mi solidnej rozrywki, nawet pomimo przewidywalności historii. Tak więc ja jestem zadowolona. Zastanawiam się teraz tylko nad oceną – czy iść wyłącznie za sercem i dać jej 8, czy dołączyć do oceny mózg i obniżyć ją do 7 za te niedociągnięcia…

Moja ocena: 8/10 – książka, od której nie chce się oderwać, to dobra książka!

Dodaj komentarz