Uwolnić męskość – Anna Maruszeczko i Jacek Masłowski

[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] z Wydawnictwem Prószyński i S-ka

„Uwolnić męskość” tematycznie bardziej trafia w zainteresowania mojego męża niż moje, bo to on interesuje się rozwojem psychicznym i fizycznym. Czasem dzieli się ze mną wiedzą, którą zdobył, albo poleca książki do przeczytania. Tym razem jednak to ja wyszłam z inicjatywą i zapytałam, czy byłby zainteresowany tą pozycją – a że gdzieś tam śledzi pana Masłowskiego, również był ciekaw.

Tak więc poniżej znajdziecie podwójną recenzję – moją, jako kobiety, oraz jego, czyli spojrzenie na „Uwolnić męskość” z perspektywy mężczyzny szczerze zainteresowanego tematem.

Zaczynamy od mojej:

Książka napisana jest w formie rozmowy między dwiema osobami, czegoś w rodzaju luźniejszego wywiadu. Taki format sprawia, że czyta się ją bardzo płynnie. Jeśli dodać do tego ciekawość tego, co zostanie w niej przedstawione, otrzymujemy dość przyjemną lekturę, z którą człowiek się nie męczy.

Obawiam się jednak, że na tym kończą się moje pozytywne wrażenia. Forma, która sprawia, że książkę czyta się lekko, jest jednocześnie dość chaotyczna (mimo podziału na rozdziały) i w efekcie zawiera bardzo dużo powtórzeń. Naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, że pan Masłowski wciąż mówi to samo – czasem dosłownie, a czasem w lekko zmienionej formie.

Wielokrotnie zastanawiałam się też, kim jest autor, że stawia tak daleko idące tezy bez poparcia badaniami czy statystykami. Jestem umysłem ścisłym, więc bez dowodów pewne stwierdzenia wydają mi się po prostu wyssane z palca. Nie umniejszam jego doświadczeniu czy wiedzy, ale jednocześnie nie jestem w stanie przyjąć wszystkiego na wiarę.

Z lektury „Uwolnić męskość” wyciągnęłam kilka wniosków i spostrzeżeń:

  • Jest to książka zdecydowanie bardziej dla mężczyzn niż dla kobiet – raczej po to, by pokazać im, że mogą znaleźć wsparcie i społeczność, jeśli tego potrzebują.
  • Kobiety po lekturze mogą wręcz nabawić się obaw, że ich partner – zwłaszcza w okolicach kryzysu wieku średniego – je zostawi.
  • W przypadku relacji takich jak moja – małżeństwo równolatków i kobieta niepracująca – wykluczone jest partnerstwo. To dla mnie jest to kompletnie nie do przyjęcia – uważam to za stek bzdur, a na poparcie mam przykład własnego związku.
  • Mam też wrażenie, że książka momentami pełni rolę reklamy obozów i fundacji pana Masłowskiego. Oczywiście dobrze, że wskazuje miejsca, gdzie mężczyźni mogą szukać pomocy, ale naprawdę wystarczyłoby wspomnieć o tym raz – na początku lub na końcu książki, a nie powtarzać przy każdej okazji.

Podsumowując – uważam, że jest to książka zdecydowanie bardziej dla mężczyzn niż kobiet. Dodatkowo autor, moim zdaniem, zbyt mocno demonizuje kobiety, jakby to one były jedynymi odpowiedzialnymi za wychowanie dzieci, w szczególności chłopców, gdy jest to efekt, wręcz pokoleń, gdy mężczyźni wycofali się z roli ojców. Osobiście uważam, że nie można mieć pretensji do kobiet, które robiły co potrafiły, z wiedzą jaką miały. Nie twierdzę, że nie popełniono błędów, i że nie są one dalej powtarzane, ale uważam, że autorowi za łatwo przyszło zwalenie winy.

I z punktu widzenia faceta:

Uwolnić męskość — a zatem dowiem się, czym jest męskość i jak ją uwolnić, prawda? Prawda?!
Otóż nie. Słowa „męskość” i „kobiecość” padają w książce bardzo często, jednak nie znajdziemy ich jasnej definicji. Pan Jacek często powtarza, że „do kobiecości się dorasta, a męskość się zdobywa”. Czyli najpierw muszę ją zdobyć, a później uwolnić? Dlaczego w ogóle potrzebny jest jakiś proces uwalniania?

Dowiadujemy się, że męskość i kobiecość to konstrukty kulturowe, że męskość tradycyjna — czy jakakolwiek inna — bywa przedstawiana jako opresyjna, wręcz toksyczna, ale nadal nie dostajemy odpowiedzi na pytanie, czym właściwie jest męskość. W końcu, na stronie 132, pojawia się taka wymiana zdań:
– Na warsztatach zadaję pytanie: „męski, czyli jaki?”
– A ty wiesz?
– Tak, mam swoje podejście do tego.
– Ale zdradzasz je czy nie?
– Na warsztatach tak.

I to w zasadzie podsumowuje książkę: jeśli masz, mężczyzno, problem, czujesz się zagubiony, chcesz wiedzieć co znaczy być męskim — idź na męskie kręgi, tam się dowiesz.

Z książki dowiadujemy się również, że mężczyźni żyją w micie, według którego powinni być sprawczy, silni i niezłomni, a także wszechstronnie „ogarnięci”. Sam staram się tak żyć — choć nie zawsze wychodzi — i zastanawiam się: czy jest w tym coś złego? Czy to rzeczywiście mit, z którym należy się rozprawić?

Pan Masłowski momentami zdaje się podważać własne tezy. Z jednej strony wyśmiewa rozmówczynię za wskazywanie siły jako pożądanej cechy męskiej, ironizując na temat „mitycznej siły”, a z drugiej — dwie strony później — sam stwierdza: „nieprzypadkowo męskie ciało jest dość silnie umięśnione”. To w końcu mamy być silni czy nie?

Pojawiają się też tezy dla mnie dość kontrowersyjne, jak choćby: „mężczyźni określali, co znaczy być mężczyzną — nigdy nie była to przestrzeń definiowana przez płeć przeciwną”. Naprawdę? To może ustalmy, panowie, że od dziś użalanie się nad sobą jest męskie — kobiety po prostu to zaakceptują.

Dalej czytamy, że istnienie inceli to problem systemowy. To zagadnienie tak złożone, że powstają na jego temat całe książki — tylko jak właściwie zmienić ten system? – brak recept. Następnie autor sugeruje, że gdy mężczyzna odchodzi od partnerki i dziecka, stara się „zminimalizować straty i zadbać o swoje potrzeby”, natomiast gdy kobieta ogranicza takiemu ojcu dostęp do dziecka, jest to zachowanie słabe i niedojrzałe. Oczywiście — to prawda. Ale równie słabe i niedojrzałe jest porzucenie rodziny w imię „poszukiwania siebie”. Nie gloryfikowałbym takich postaw.

Pan Jacek odnosi się też do współczesnych trendów, wspominając o ruchu redpill i jego „radykalniejszej wersji”, czyli blackpill. Nie jestem w tym ekspertem, ale wydaje mi się, że to dwa odrębne koncepty. To trochę tak, jakby nazwać ateizm radykalną formą chrześcijaństwa.

Na koniec nie zostajemy całkiem bez wskazówek — autor radzi, by być autentycznym, niczym w książkach Briana Tracy. Tylko co to właściwie znaczy? Wstaję rano i nie chce mi się ćwiczyć — ale ćwiczę. Widzę restaurację ze złotymi łukami — mam ochotę wejść, ale tego nie robię. Dzieci mnie zdenerwują — mam ochotę krzyczeć, ale zamiast tego tłumaczę im, dlaczego chodzą do przedszkola, a nie do akademii jednorożców. Gdybym kierował się wyłącznie swoimi wewnętrznymi potrzebami i byłbym w tym autentyczny, nie ćwiczyłbym, krzyczał na dzieci i jadł śmieciowe jedzenie. Czy to właśnie jest męskość?

Można by pomyśleć, że te teorie są oparte na rozległej literaturze. Otóż nie — bibliografia, a na co to komu? Książka ma formę wywiadu, co jest niestety obecnie trendem i wygląda na napisaną po najmniejszej linii oporu, tak by wydawnictwo mogło ją sprawnie sprzedać. To też bardzo wygodne, bo jeśli znajdziemy błędy merytoryczne, to łatwo można przyjąć obronę: to tylko wywiad i moje opinie, a nie prawdy objawione.

Żeby jednak oddać sprawiedliwość — naprawdę doceniam to, co robi Pan Jacek Masłowski. Z książki dowiemy się, z jakimi problemami mierzą się współcześni mężczyźni, i wierzę, że fundacja Masculinum pomogła wielu z nich. Być może dlatego ta książka tak mnie rozczarowała. Śledzę Pana Jacka od dawna i lubię słuchać jego wypowiedzi, jednak z kilku podcastów z jego udziałem — czy z podcastu „Czasem czuły, czasem barbarzyńca” — można wynieść dokładnie to samo, a może nawet więcej. Być może tam znajdziemy odpowiedź na pytanie, jak uwolnić męskość — bo w tej książce jej nie znalazłem.

Dodaj komentarz